HOME   NOWOŚCI   BIOGRAM   RZEŹBA   ODLEWY  WIERSZE   PERFORMANCE  @MAIL

 

 

NIEBEZPIECZNE ZWIĄZKI

Poza zamętem poststrukturalnych i dekonstruktywistycznych zmagań z żywiołem poezji nieczęsto dociera do nas podstawowa prawda o poezji dwudziestego wieku. Tę prawdę najpełniej przekazują wielkie systemy poetyckie - Rilke, Elliot, Celan. Jest to prawda uformowana na odwiecznej różnicy między światem natury a "bezświeciem" kultury. Prawda przyjmująca niekiedy kształt nostalgii za utraconą tożsamością fundamentalnych pojęć i znaków, które miałyby je zamknąć w sieci zrozumiałej i oczywistej intuicji.
Rousseau, a za nim Claude Levi-Strauss posiali w nas zasadnicze zwatpienie w jedność żywiołów i w oczyszczającą moc poznania. Od pewnego momentu wiemy już, że poezja jest nieustanną ucieczką od dręczącego pytania o harmonię światów i próbą odnalezienia terytorium granicznego.

W zebranych tutaj wierszach Kamila Sipowicza łatwo odnaleźć odbicie tego dylematu. W tych z początku lat osiemdziesiątych odzwierciedla się naiwna wiara w samoprzeobrażający się ruch natury, bo czemuż innemu miałaby służyć owa monotonna i niekiedy męcząca fraza, przeżuwająca bez końca rytm zmagających się żywiołów, pierwiastków i tajemnych mechanizmów odradzania? "Tajemnicze dzieje pierwiastków" to nie tylko świadectwo fascynacji nieodgadnionym obiegiem rzeczy, ich ukrytą autokonstytucją, lecz również szczególnego rodzaju akt bałwochwalstwa, nieodparcie przywodzący na myśl plotyńskie Enneady. Podtytuł "Poemat kopalniano-roślinno-zwierzęcy" jest już tylko zbędnym rozwinięciem oczywistości. Gdzieniegdzie wiernopoddańczy zachwyt nad jednością cyrkulacji materii i sił przyrody doznaje przejściowego zachwiania, kiedy na horyzoncie pojawia się obca energia - złowrogi Książe i jego hufce, zarys warownych miast, ślad ręki, która w sztolnię świata wrzuca inicjał innego świata, świata przebrań i manipulacji. Otwierający cykl "Otwock metafizyczny" powinien był więc, dla porządku, następować po "Pierwiastkach", to on bowiem zaznacza po raz pierwszy pewną wyrwę i przkroczenie, unicestwienie tożsamości kręgów miasta i natury. "W Józefowie załamał się styl Świdermajer". A jakże! "Józefmajer nie zdążył się jednak uformować" (czego konsekwencje do dziś odczuwamy?). 

Kamil Sipowicz jest więc poetą-bricoleurem, optykiem i gramatykiem, retorem i alchemistą od retort. Rzadko sięga do kanonu poetyckiego. Każda próba zwersyfikowania emocji, poddania jej regularności wiersza, podmywana jest przez falę intuicji spoza systemu poetyckiego. Nie ma tu wyraźnych inspiracji ani fascynacji zastanymi modelami. Oscylując nieustannie między "kanałem prawym" tradycji i rygoru, a "kanałem lewym" zbuntowanej rapsodii pomieszanych i chaotycznych obrazów (mających swe źródła w światach wyobrażeniowych Hoelderlina, Rilkego, Husserla, Heideggera, Greatful Dead i Franka Zappy), Kamil tworzy niekiedy mało spójny porządek, w którym obłędny zachwyt przechodzi nader często w zwątpienie o jedności.

Antagonizm natury i kultury (którego odbiciem jest dwudziestowieczna histeria poetycka) przyjmuje w tych wierszach często postać konfliktu pomiędzy uniwersalizmem żywiołów i regionalizmem (by nie powiedzieć: prowincjonalizmem) znaków kulturowych. Rzeka Kongo i rzeka Ganges wtłoczyły się w wyobraźnię poetycką jako wielkie mity natury, rzeczka Świder jako symbol płycizny doraźnych wrażeń z pomieszanych lektur. Jan Gondowicz powiedział kiedyś, że czytając wiersze Kamila Sipowicza ma fizyczne odczucie brodzenia w szkle wodnym. Brodzenie w mulistym strumienia Świdra jest alegorią spłycającej mitologii. Myślę, że Gaston Bachelard miałby tu niejedno do dodania. Woda jest środowiskiem marzenia poetyckiego. Ganges to rzeka przedwiecznego pragnienia jedności z naturą, które rzadko przebija się na powierzchnię świadomego wyrazu. Świder to zamulony osad rozległej pracy świadomości, która zapomniawszy swe początki, znajduje ekspresję w prowincji obojętnego trybu codzienności - "Świder świdoskrętny - Letnisko mazowieckie - Posesje, werandy, zapach akcji". Świder metafizyczny? Tak, ale tylko pod warunkiem, że przez metafizykę rozumiemy ową odartą ze snu obyczajność swojskich przyzwyczajeń. W tym sensie wiersze Kamila Sipowicza są na równi poematem owidjańskim i zastygłym w bezruchu rozczarowaniem dookolnym światem, w którym na miejscu są opisy środka przeciw pluskwom i metalowych baniek na mleko. Wody wzbierają od kosmicznych łez natury. Wody wzbierają jednak również łzami prowincjonalnego chłopca zaczytanego w sportowy przegląd, usiany fotosami lokalnych szczypiornistek. Sztolnia świata, gdzie kłębią się heraklitejskie żywioły, i rumowiska Muranowa, pełne poniemieckich niewypałów i butwiejących opakowań po tanich papierosów, pierwszych rozpalanych potajemnie niedopałków. Fale kosmicznych przybojów i piana dnia.

Zbiór zamykają wiersze z cyklu "Nieśmiertelność ciała". Tu najpełniej dochodzi do głosu napięcie między opisanymi wcześniej energiami. Poeta odsłania (znowu krocząc śladem kulturowych inspiracji) ukrytą dynamikę ciała jako wehikułu unoszącego prastare antynomie. Ciało rozwarstwione, ciało symboliczne, kontyngencje i wzniosłość, cierpienie przemijania i ulotna satysfakcja dominacji, ciało manipulowane i ciało jako podmiot żywych lokalizacji. W użytej tutaj konwencji pokazuje się ono jako dialektyka mowy i pisma, jako siedlisko kultury i pierwotnych doznań. Korzystając z "przyrodzonej" ciału ambiwalencji, poeta dopomina się o prawo ponad czasem, prawo, które zatrzymałoby stopniową degradację żywego, prawo, które pozwoliłoby raz jeszcze znależć ukojenie w cieniu zakwiatjących dziewcząt.

Taka jest bowiem ostateczna esencja myślowa całego zbioru - ucieczka od świata kultury przy pomocy narzędzi z tego świata zaczerpniętych. Ucieczka z "bezświecia" lokuje poetę pośród uroczych nimf, z których każda, choć gotowa obmyć go wodami miłosiernej Lety, w zamian żąda jednak współuczestnictwa w którymś z "bieżących" dyskursów. 

Andrzej Wajs

 
 
    
 
PUBLIKACJE
 
MAO STAR
 
... Mówią, że straciłem głos
... Samobójstwo w Benidorm
... Tam czy Tam (I)
... Mrówki i osy
... Trybut dla żywiołów
... Przysięga na kość
... Zapalniczka
... Tam czy Tam (II)
... Myśli największej wagi
... Rosjanka
... Masz srebrne kule zamiast oczu
... Skrzypiący Człowiek
... Ostatni kwiecień na Roztoczu
... Okultyzm (I)
... Poniżej poziomu morza
... Połykanie ognia
... Czarnobyllski piołun
... Okultyzm (II)
... Ciała
... Spalony las na Roztoczu
 
 
OTWOCK METAFIZYCZNY
 
... Falenica
... Michalin
... Świder metafizyczny
... Świder i antyświder
... Mlądz
... Świerk
... Józefów
... Otwock
... Śródborów
... Celestynów
... Muranów lata sześćdziesiąte
 
 
TAJEMNCZE DZIEJE PIERWIASTKÓW
CZYLI
POEMAT KOPALNO-ROŚLINNO-ZWIERZĘCY
 
... Prolog
... Miasto
... W miedzianych trybach czasu
... Oko I: Hel
... Kamień
... Oko II: Diament, Srebro, Węgiel
... Pytania
... Może
... Platyna
... Uran
... Siarka i Fosfor
... Gazy
... Milczek żyjący w głowie ptaka
... Nierząd i gwałt
... Tarcza i drewno
... Rzeka
... Wróżby
... Człowiek
... Marzyciel z ciemnego miasta
  
 
UCIECZKA Z BEZŚWIECIA
 
... Ucieczka z bezświecia I
... Ucieczka z bezświecia II
... Obrót wokół wiecznej osi
... Królowie w kole ognia
... Zakon
... Dzień śmierci
... Kto 
... Fantasmagorie
... Zgięte i wyrzucone słowo węża II
... Zgięte i wyrzucone słowo węża II
... Wojna
... Ból
... Dlaczego tak spokojnie...
... Biegun
... Ciemność
... ***
... Nie igraj ze światłem ojcze
 
 
PRZEŁOMY
 
... Luneta i niebo
... Późna wiosna
... Eliptyczne lato
... Odejście
... Jesień
... Przełom I
... Przełom II
... Przełom III
... Przełom IV
... Przełom V
... Przełom VI
... Ballada o rozpadającej się kropli mleka
... ***
... ***
... Dzień poprzez substancje
... Przyjaciele domu
... Tubki
... Tamagotchi
... Epoka pisma
... Zaratustra połknięty przez megapolis
... Teoria miłości wedle Hegla 
... Bardo i wiatr I
... Bardo i wiatr II
... Bardo w bardo
 
 
VARIA
 
... Bunt materii
... Maj Tuwima
... Wodny wiersz
... Halastra diod
... Obłęd i przysłowie
... Wiadro westchnień
... ***
... Posłuchaj
... Bezsenność
 
  
 
 

PUBLIKACJE

 
 

»MAO STAR«

MAO STAR
Małgorzacie Starowieyskiej

OPĘTANA PRZEZ PERFORMANCE ART

Złamany palec
składał Ci perski lekarz
w Neukölln.
Byłaś opętana przez performance art.
Na ulicach szalonego Kreuzbergu
piliśmy wino i piwo do nieprzytomności,
wśród punków, anarchistów
Turków i Polaków:
Rote Harfe
Künstlerhaus Bethanien
Mieliśmy dwie wspólne wystawy,
niewiele wynikło z tego.
Tak jak niewiele wynikło z kolejnych
i z dziesiątek performance art.
Tworzyłaś je jeden po drugim,
przerywane pijackim spazmami.


BIESZCZADZKI PIES NA BERLIŃSKIM BRUKU

Twój pies:
stary kundel - Charlie.
Sprowadziłaś go z Bieszczadów
do Berlina Zachodniego.
Oszołomiony biegał samotnie
po mieście tureckich kebabów
niemieckiej currywurst i polskiej kapusty.
Mieście odgrodzonym, pasem zaoranej
zaminowanej ziemi,
opasanym fosami.
okrążonym strażnicami.
Nie osaczonym i wolnym
punktem
w strupieszałej krainie.
Jeździliśmy na Nollendorfplatz
na koncert Cave'a lub The Cure w Metropolu.
Potem zaś w Cafe Central
spotykaliśmy Bowiego, Iggy Popa
i transseksualistę (kę)
Wayne/Jane Countego
(You have to be a man to be a woman).
Odkryliśmy pedalską knajpę
Zachowała aurę lat dwudziestych.
Miasta DÖBLINA.
Odwiedzał ją GOERING.
ubrany w damskie fatałaszki
Chodziliśmy do piwiarni,
noce spędzał w niej Fassbinder.
Nie sypiał, pił piwo pisał scenariusze,
kręcił film za filmem, brał kokainę
kochał chłopców, gruby spocony piękny
Fassbinder.


LOFT NAD SZPREWĄ I ENERDOWSKIE KAŁASZNIKOWY

Mieszkaliśmy w wielkim lofcie
nad sinobrudną Szprewą,
pływały po niej polskie barki
z podejrzanym towarem.
Po drugiej stronie: Ostberlin
ponure miejsce -
stolica europejskiej Korei Północnej.
Strażnicy z wieżyczek obserwowali
nas lornetkami.
Dla zabawy mierzyli z kałasznikowów.
Legendy mówiły, że czasami strzelają.
Kto by tam płakał lub dochodził praw
po jakimś zastrzelonym Turku, punku czy Polaku.
Braliśmy designer drugs,
kradliśmy rowery.
Pijani na miejskim bruku śpiewaliśmy:
Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz
i dzieci nam germanił.



TWÓJ POGRZEB W PODWARSZAWSKICH LASKACH

Dziś jest maj 2006 i Twój pogrzeb
w podwarszawskich Laskach.
Kościół pełen ludzi,
delikatne wiosenne światło,
kwiatki na zewnątrz
zasadzone przez czułe zakonnice.
Twoja ostatnia droga: Warszawa, Paryż, Berlin,
jakaś dziwna mieścina w północnej Polsce
i Ursynów.
A dziś Laski.
Cmentarz elitarny.
Będziesz obok
Słonimskiego, Małachowskiego, Mikołajskiej.
Zawieyskiego litościwie pochowanego
z kochankiem.
Twoja ostatnia droga.
Przed śmiercią
alkoholizm leczyłaś spidami.
Spidy czerwonym winem,
które kochałaś nad życie.
Ulga dla Ciebie
i dla innych.


ENTARTETE KUNST

Spędziliśmy razem dużo czasu
na skrzyżowaniu Kant- i Leibnizstrasse,
na Weddingu i Kreuzbergu.
Latem jeździliśmy nad Krumme Lanke
kąpać się i opalać.
Wybierałaś sobie
ekscentrycznych facetów:
Macedończyk
po wielu latach
życia w berlińskich squatach
oszalał i zjadł własne gówno.
Miało buddyjski
jeden smak.
Zabił się w Skopie.
Niemiecki arcypunk,
regularnie rozwalał stoły
i demolował Twoje mieszkania.
Charlie - w twarzowej
ortalionowej kurteczce.
Członek grupy artystycznej,
łączył fallusa
z Matką Boską i wystawiał w galerii
na Oranienstrasse:
Entartete Kunst.
Berlińczykom łatwo to przychodziło.
Nie wierzyli ani w Matkę Boską
ani w fallusa.
Byli brudni,
mieszkali w norach,
w zapadłych zaułkach
przy samym murze,
gdzie nazistowski szczur
co noc wył do świateł wieży strażniczej
i opłakiwał śmierć Fassbindera.
Dzisiaj każdy ma mercedesa
i dom z ogródkiem w Nadrenii lub Szwabii.
Charlie Cię olał.

Nigdy nie dopuszczono Ciebie
do konfraterni artystów,
do wielkich Neue Wilde,
mieszkali blisko i codziennie
spotykaliśmy:
Fettinga,
Middendorfa,
Zimmera i
Elvirę Bach.
Gib mir ´ne Mark für den Wein.
Ja musiałem pracować w fabrykach.
Na taśmie w fabryce szamponu Schwarzkopf
w pakowalni żarówek Osram.
Po dwanaście godzin na dobę,
aby to wytrzymać,
żeby przetrwać,
mieć na wino,
w kiblu wciągałem energetycznego
sniffa.




RUCHEM KONIKA SZACHOWEGO PRZEZ BERLIN

Więcej poezji.
Więcej szarego światła
nad budzącym się miastem.
Leżymy na dnie studni
berlińskiego podwórka,
skrawek nieba
obrębiony kamieniem
zamienia się w czarnego orła
z bońskiego parlamentu,
i szybuje w górę.
Czerwone światełka na klatce schodowej:
naciśniesz
znikniesz.
Płyty chodnikowe,
gdy źle stąpniesz
to wpadasz w bebechy miasta.
Musisz skakać jak
konik szachowy
z jednej na drugą.
Rano gramy w piłkę nożną
z berlińskim Pennerami.
Śmieją się grube Turczynki okutane w chusty.
Budzi się miasto.
Budzi się Neukölln.
Budzi się cała Karl-Marx-Strasse.
Berlin czci wielką aleją
brodatego mądralę.
Wedding.
Kreuzberg.
Budzą się zaspani mieszkańcy.
Miasto niedźwiedzia.
Gumowego misia do żucia.
Budzi się Krzyś Lipowicz
w Schmargendorf,
jego mieszkanie jak szlachecki dworek
otwarte dla zacnych.

Budzą się miliony tureckich gastarbeiterów.
Polskie sprzątaczki,
rosyjska emigracja co pamięta
Nabokowa.
Budzi się Wolny Uniwersytet w Dahlem,
wille w Zehlendorfie.
Polska Misja Wojskowa.
Budzą się różne zwierzęta w berlińskim zoo.


DULDUNG

Co roku na Kochstrasse
w Ausländerpolizei spotykali
się Polacy.
Przedłużanie wizy.
Jednemu wizę,
drugiemu Duldung -
akt cierpliwej tolerancji.
Duldung wycierpiałem przez rok:
Ich war geduldet.
Amerykański oficer z CIA
długo mnie przepytywał.
Czułem się jak w Pałacu Mostowskich.
Nielegalnie z Duldungiem,
pojechałem stopem do Akwizgranu
Stamtąd miejskim autobusem
do niemieckojęzycznej części Belgii.
Europa była zamknięta
na tysiąc stalowych kłódek.
Efekt poczucia humoru Wielkiego Językoznawcy.
Skomplikowany labirynt utrudnień.
Polski szczur
znajdował wyjście.
Rozwikływał
biurokratyczny szyfr.


Na SÜDWESTKORSO

U królowej Izraela.
demonicznej pani Lapidoth.
Pokazywałaś Sarkofagi,
powinien je pokochać Berlin.
Świat.
Nie pokochał.
Rudolf H. z Polski.
zaproponował uwolnienie
Hessa z więzienia w Spandau
Polacy uwalniają Hessa !!!
Nagłówki w Bildzeitung
Czyta całe miasto.
Świat się śmieje.
Kochaliśmy absurd.
Z wzajemnością.
Kino Babylon.
Obejrzeliśmy całego Watersa:
Pink Flamingo
Desperate Woman
Boska Divine -
obrzydliwy transwestyta
puszczał bąki.
Odorama w Babylonie.
Pietracho śpiewał na ulicy i w filmie:
Takie miasto jest
Berlin West


HASZYSZOWY WIESIU I SPIDOWY RUDOLF

W międzyczasie,
In der Zwischenzeit
posthipsowskie konwektykle
u Wiesia Sadurskiego.
Obok ostatniego przystanku U-Bahnu,
Na Schlesisches Tor
Wśród jego kosmicznych obrazów
palono godzinami haszysz i rozmawiano
o teozofii: Gurdżijew, Uspjenski.
Wspominano promiskuityzm
członków Frakcji Armii Czerwonej.
Pojawił się niebezpieczny Rudolf H.
Jego stryj studiował w szkole SS
i jako pracę magisterską dostał
spalenie góralskiej wioski.
Mimo zasług stryja
Rudolf H. nie otrzymał wymarzonego
przez każdego Polaka niemieckiego obywatelstwa.
Gdy wracałem z Polski
przywoziłem Rudolfowi
kilka sztang ekstra mocnych.
On zaś na powitanie
usypywał z białego proszku
napis: Witaj !


DWIE GÓRY KRZYŻOWE, DLA KAŻDEGO PO JEDNEJ

Mieszkaliśmy przy Oranienstrasse,
blisko Oranienplatz -
na Kreuzbergu 36.
jest także Kreuzberg 61:
dwie góry krzyżowe.
dla każdego po jednej,
w wynajętym
od Jensa Ehlersa - reżysera teatralnego,
który wystawiał Witkacego w Wiedniu -
mieszkaniu.
Miałaś 300 metrowe mieszkanie
dla siebie.
Nie miałaś pieniędzy,
żeby je ogrzewać w zimie.
W grudniu 1980 roku było zimno.
Całe dnie spędzaliśmy w kawiarniach :
Einmal Rotwein bitte
Und ein Edelweißbier



OFIARA SZTUKI I WINA

Pękło Ci coś w gardle
i nie cierpiałaś.
Kto to jednak może wiedzieć ?
Za dużo papierosów, za dużo wina,
za dużo sztuki
i pierdolenia o niej.
Zabiła Cię
niewdzięczna kurwa.
Jednym się udaje
innym nie.
Od czego to zależy ?
Od talentu ?
Miałaś go.
Niepokorna,
nieprzystosowana,
piękna arystokratka
Indianka.
Na tym idyllicznym cmentarzyku
leży Twój ojciec, który:
rozwiązał problem Hamleta


ROZBIJANIE GŁOWĄ BERLIŃSKIEGO MURU

Pamiętam Twojego przyjaciela,
rzucił intratny zawód jubilera
i przybył do miasta.
Rozpędzał się
i z całej siły walił głową w mur.
Nie udało mu się przebić.
Kochaliśmy mur.
Betonowego węża:
wyłaniał się w najmniej
oczekiwanych miejscach.
Kochaliśmy U-Bahn,
Metalowe gąsienice
zapuszczały się do Wschodniego.
Dla polskich azylantów
nocna jazda na NRD-owską stację Friedrichstrasse
w celu zakupienia taniej wolnocłowej
wódki była metafizycznym przeżyciem.
Wokoło stali uzbrojeni NRD-owscy strażnicy wolności.
Nic nie mogli nam zrobić.
Byliśmy jak myszy,
które paradują przed
bezsilnym kotem.
Wewnątrzniemiecka zabawa.
Zabawa w trwogę - Angstspiel.


GORĄCE NOCE W HOMO BARZE

Jeździliśmy U-Bahnen na gapę.
Nie mieliśmy dwóch marek na Kebab.
Byliśmy nieszczęśliwi.
Byliśmy szczęśliwi.
Byliśmy piękni.
Byliśmy pijani.
Byliśmy naćpani.
Kąpaliśmy się w basenie na Prinzenstrasse.
Sikaliśmy do piwa w Rote Harfe.
Przesiadywaliśmy w Homo Barze.
W rocznice Kryształowej Nocy
paliliśmy książki
ukradzione z antykwariatu.
Śpiewałaś po knajpach
z zespołem Maćka Pietrachy.
Udawałaś Cygankę.
Waliłaś w tamburyn.
Udawałaś Rosjankę:
Oczi cziornyje, oczi dziwnyje, oczi strasnyje i priekrasnyje
Mieliśmy na wino.
Do czasu.
Gib mir ´ne Mark für den Wein
Bitte
Bitte
Nur ´ne Mark


WRÓŻBY Z TAROTA

Twój błękitnokrwisty
kuzyn wygłosił mowę.
Mężczyzna w randze księdza
gadał o duszy.
Nie pasowało to do Ciebie.
Bezosobowy tryb.
Rozlazłe cmentarne Się,
chore kłącze
pełznie po grobach
i dusi umarłych przedwcześnie.
Ostatni Twój kochanek,
cudem ocalały z
zagłady alkoholu i dragów
puścił piosenkę Dżemu.

Banalnie
i sentymentalnie
Twoja matka - inżynier,
racjonalny umysł, jak często mówiłaś,
postawiła Ci Tarota.
Czy przewidziała ?
jak skończysz, i jaki to ma sens
leżeć w trumnie,
w sympatycznym miejscu,
na cmentarzu w Laskach.


ZGŁĘBIĆ NIEMIECKĄ DUSZĘ, UWOLNIĆ RUDOLFA HOESSA I OBEJRZEĆ FILMY JOHNA
WATERSA

Zgłębić niemiecką duszę.
Fascynowała Cię ciemna metafizyka
teutońskiej rasy.
Wyszłaś za mąż za Niemca.
Mieszkaliście w ostatnim Hinterhausie na Adalbertstrasse,
w trzeciej najciemniejszej studni,
z małym ogródkiem
z odrobiną miejskiego
szarego światła.
Ogródkiem pełnym
porozbijanych butelek i
psich gówien,
nie chciało Ci się sprzątać.
Wolałaś gadać o sztuce i skręcać
tabak.
Miło spędzaliśmy wieczory:
piliśmy wino, oglądaliśmy Twoje obrazy.
Byłaś mistrzynią rysunku:
syntetyczne mocne Sarkofagi,
Lapidarna kreska czarnym ołówkiem.
W 1989 urządziłaś urodziny,
gotowałaś pastę, Peter robił zdjęcia.
Co ci jednak przyszło do głowy,
dać córce na imię Ananke ?
Freudowska konieczność.
Marne przeznaczenie.
Peter popadł w obłęd.
Znosił przez 10 lat
Twoje wyskoki i Twoją dionizyjska pasję,
twoją artystowską duszę.
Performance w domu.
Performance w życiu.


NISZCZENIE PRZETERMINOWANEJ ŻYWNOŚCI

Pracowałem w wielkim sklepie spożywczym
przy niszczarce przeterminowanych towarów żywnościowych.
Trzeba było widzieć moją i pewnego Nigeryjczyka
minę, gdy niszczyliśmy tony przeterminowanych o dzień
lub dwa czekolad, pomarańczy, wędlin.
A w kraju na półkach stały szeregi, drużyny, plutony, baony,
dywizje, brygady i całe armie octu.
Polska
Chrystusem narodów.
Trzeba jej podać
gąbkę nasączoną octem.




MÓWIĄ, ŻE STRACIŁEM GŁOS

Mówiły mi : jesteś podobny
do naszych zmarłych chłopców.
Moje dwie sąsiadki -
Staruszki, które już dawno nie żyją -

Mówiły że straciłem głos,
wzrok i mowę.
Wiedziałem,
że nie należą do mnie.

Podobnie pamięć
nie chce być zapamiętywana.
Może chłód jest kimś,
kto we mnie zamieszkał na stałe ?

Być może to podobieństwo
jest jakąś racją mojego istnienia -
bo mówiły mi: jesteś podobny
do naszych zmarłych chłopców?



SAMOBÓJSTWO W BENIDORM

Benidorm. Pijany Almodovar
uśmiecha się do mnie na Corso,
wjeżdżam windą na ostatnie piętro
ursynowskiego kolosa Pink Flamnigo
a może Zodiak ?

(Benidorm betonowe uzdrowisko)

Na dole setki starców tańczy walca,
a robole ze Szkocji i Yorkshire wyją
rytualne pieśni.
Mogę uciec do Barcelony lub Walencji.

Na dole oczko basenu mruga
porozumiewawczo.
Beton i trochę niebieskiej wody.
Nurkuje w niej.

Benidorm betonowe uzdrowisko)

Chowają mnie w wielopiętrowym
cmentarzu. Marmurowa urna lśni
w katalońskim słońcu.



TAM CZY TAM (I)

Tam czy tam -
kłótnia o przestrzeń.
Wtedy czy teraz -
ustalanie węzłów czasu.

Ty lub on lub my -
rysowanie wzorów w nicości.

Ja i świat we mnie -
wykreślanie cyrklem pola.

W dół lub w górę, może w bok -
ustalanie praw grawitacji.

Stoimy na pustyni,
oczy zalepione pustynna burzą.


MRÓWKI I OSY

Obudzony stoisz przed weneckim lustrem,
które znowu cię nie odbija.
Mrówki przeszły ci po grzbiecie.
cierpienie owadów
wypuszczały małe kuliste tęcze,
świat stałby się bardzo kolorowy.
Ale spokojnie :
Lustro - rtęciowa czarownica
zamyśliła się i zapomniała cię odbić.



TRYBUT DLA ŻYWIOŁÓW

Proszę bardzo:
płacimy trybut słońcu,

morska sól w oczach
i fioletowa meduza na twarzy.
Swastyka z ostów i piołunu.

Proszę bardzo:
płacimy trybut ziemi,

wyrywamy młode pokrzywy -
niewinne kilkudniowe dziewice
na stopniach zielonej katedry.

Połykamy kuglarza i jego ogień.
Spala nam wątrobę i zagotowuje żółć.
Spłacamy dług ogniowi.

Niech zżera nam oczy.
Niech podgrzewa sól.
Niech zetrze nam meduzę z twarzy.

Proszę bardzo:
płacimy podwójnie wodzie:
jesteśmy jej dłużnikami
od milionów lat. Wiecznie
pod wodą, ciągle obróceni
inni wracamy do innych

Proszę bardzo:
spłacamy dług zwierzętom.
one muszą zostać opłacone.
Wreszcie ktoś się upomina
lecz wyjdzie bez zapłaty.

Mylisz się jednak.
Słyszysz swój głos sprzed lat.
Nie masz przecież głosu.
Potykasz się o rzeczy -
rzeczy nie są tu rzeczami,

Inni czują twój zapach,
a to nie jest zapach.
Czasami pada na ciebie światło,
ale to jest ciemność

Czas w warkoczu komety
barwna szklana kulka
ale to jest ciemność
chociaż mówią na to światło.



PRZYSIĘGA NA KOŚĆ

Przytul się do bugenwilli,
do wiosennej młodej magnolii,
wejdź w strugi deszczu,
posyp twarz płatkami lwipaszczki,
wypij wywar z sinego ostu -
buławy pola.

Róży polnej oddaj hołd,
obejmij kruchy krzak głogu,
napij się brzozowej wody,
co cieknie po jej cienkim kijku.

Tarninówka w wielkim gąsiorze
nasyci twojego głodnego ducha.

Pamiętaj, że Jezus i Budda
mieli swoje góry i drzewa,
które woleli bardziej niż ludzi.

Ludzie muszą codziennie
połykać ogień i zjadać srebro,
by ich dusze nie zamarzły
na kość.

Na kość przeto muszą przysięgać,
choć nie wiele by ich to kosztowało,
nie dotrzymują przysięgi.


ZAPALICZKA

Zapaliczka wypełzł z ciała Joanny
wariatki histerycznej mistyczki
klasztornego derwisza
wwiercił się w serce
człowieka rzuca nim
epileptycznym tańcem.

Nie przełazi na wieprza
to wieprz przełazi do puszki
zamiast skakać do Jordanu
tapla się w błocie
potem skwierczy na ruszcie.

Zapaliczka - biedny demon
najsłabsza potencja
w piekielnych hierarchiach
przygaszona iskierka
tli się w kryształowym robaku
słowiańska demonologia
znad Sanu i Błogostanu


TAM CZY TAM (II)

Wspinamy się po
metaforycznej drabinie,
spadamy na szyję bez głowy.

Ona się potoczyła dalej niż
zdążyliśmy pomyśleć.

Nie dogonimy jej bo
wieje sirocco, fen, chamsin.

Śpiewa chasyd, muezin
może pijany góral ?
Ten głos jest kłamstwem
(przecież nie masz głosu)
i tylko nas zwodzi .

Wiruje w głowie, która
potoczyła się dalej niż
zdążyliśmy pomyśleć.



MYŚLI NAJWIĘKSZEJ WAGI

Myśli największej wagi:
one zawsze w nocy
czepiają się jej kopuły -
gwiezdny żyrandol,
sople wbite w ciało śmierci,
przepełzają ziemię w gadziej godzinie.

Stoisz w świetle gwiazdy,
zrodzonej z twego chaosu.
Niesiesz ją w donicy
na własnych plecach.

W nią karzeł wskoczył ci
zeszłej niedzieli.
Dźwigasz go w górę,
chętnie by zeskoczył.

Karzeł może stać się orłem
z gniazda drapieżcy.
On też swą gwiazdę
karmi chaosem.

Równowagę -
z trudem zdobywasz
w bramie nieskończoności.
Nią mierzysz wszystkie rzeczy,
niczym krawiec wiek manekina.

Spójrz :
rondo
pleciony wianek,
dymowe kółko,
orlik krzykliwy.

Widzisz go z góry:
szuka miejsca
dla swoich piskląt.


ROSJANKA

Czarna płaszczka
nakrapiana szarymi cętkami
z ostrym długim kolcem
podpłynęła pod plażę..
Skoczyłem ze skarpy, żeby lepiej widzieć
Rozciąłem palec o kamień.
Buchnęła krew, zmieszała się z Morzem Czerwonym.

Trzy Rosjanki podbiegły z chusteczkami,
tamowały strumyczki krwi.
Lena - miała polskich przodków,
jest od dwu tygodni w Egipcie
i ani razu się nie kąpała:
nie lubi wody
nie lubi morza,
z dużo ryb.



MASZ SREBRNE KULE ZAMIAST OCZU

Masz srebrne kule zamiast oczu
i nie pieką cię wcale,
choć płoną jak żużel w piekle.
Masz podbródek, na który
trzeba było zabić stado świń,
szyję toczoną katowską tokarką,
nos harpun ostrzony cierpliwie.

Masz srebrne kule zamiast oczu
twarz zmarszczoną w gniewie.
Z ust strzyka struga kału.
Zarażasz zatrważasz zatrułeś.
Masz moc i siłą wiążesz straszną.

Szukano modlitwy na ciebie:
stulecia różańca, pustynie egipskie,
synaje synów bożych. Ale ty
masz srebrne kule zamiast oczu
i nie pieką cię wcale,

wcale


SKRZYPIĄCY CZŁOWIEK

Na Augsburgerstrasse 31 na trzecim piętrze
solidnej berlińskiej kamienicy
mieszkał skrzypiący człowiek
codziennie rano od 10 do 12
przez kilka lat
pakował do plecaka kamienie
plecak na plecy i schodził powoli
chwytając z trudem równowagę.

Ciągle to samo:
skrzypiące stawy
skrzypiące schody
spocone włosy
na łysiejącej czaszce

Na Augsburgerstrasse 31 z trzeciego piętra
solidnej berlińskiej kamienicy
w dół po drewnianych schodach
każdy stopień to walka o pion
trening chorego mózgu
rzeźbienie nowych śladów, no i

Ciągle to samo:
skrzypiące stawy
skrzypiące schody
spocone włosy
na łysiejącej czaszce
Naechstes Jahr Ich werde laufen


OSTATNI KWIECIEŃ NA ROZTOCZU

Kwiecień to miesiąc bez kwiatów.
Głogi, wiśnie i śliwki supłają lepkie węzełki .
W białych wyciągniętych piąstkach zawiązuje się
owoc tarniny.
Słońce kwili w Roślinnym Duchu.
Kwietniowy wiatr i deszcz
nurkują w błotniste złoto.
Suche makowiny
trzeszczą na bliżowskim wietrze.
Okrutny kwiecień.
Czwarty apostoł
Przy Pańskim grobie.



OKULTYZM (I)

Oczy dwa smutne grochy,
to mizerna odpowiedź
na światło,

Nigdy go nie lubiły.
Ono też o nie nie dbało.

Czasami boją się go,
światło potrafi udusić oczy.

Uduszone oczy to
dwie małe wyschłe fasolki.

Światło lubi także topić
oczy w wodzie.

Złe światło, bardzo złe
rzuca się na oczy,
połyka je jak
gęś łyżkę
z księżej zastawy.



PONIŻEJ POZIOMU MORZA
Staszkowi Dłuskiemu

Ona ma swój głos, który
mówi:
nie,
nigdzie,
nikogo.

Sączy rdzę,
puszcza krew,
nie puszcza latawców.

Ona ma swoje ciche światło,
które tym razem jest nieme.
Nieme niczym kino
z konającymi aktorami.

Ona pije bimber
w bramie.
Pali zwietrzały tytoń.
Jest
twoją i moją panią -
nawet w sierpniu
i w czerwcowych łzach.

Ona, ta strużka rdzy
i krwi, co lubi
cykle i kółka z papierosów.

Wredna stara lisica
dusi nas jak zagubione
kury.

Nasz kurnik taki kruchy:
spróchniałe szczebelki,
łatane deszczułki.

Lisica liczy nam ciałka
krwi.
Wypija hemoglobinę jak wino.



POŁYKANIE OGNIA

Łykamy ogień, łykamy
on spala w nas węża
robaka gada gnoma.

Wlewamy w siebie płynne srebro,
wyplute przedtem z trzewi
robaka, gada, gnoma.

W ciemnościach, w wodach
czerwonego martwego morza
kluczymy ślepi, chromi, kulawi
-pustynne karły:
robaki, gady, gnomy

Wyłazimy z jaskiń,
chlejemy synajskie wino
z ochry i piasku. Plujemy na wiatr:
ślepi, kulawi i chromi.

W ciemnościach sól wypala oczy,
piach włazi pod powieki.
Kikutami wskazujemy: tam, nie: tam,
robaki, gady, gnomy

Szalone mnisie szczątki
na drewnianych szczudłach.
W ciemnościach połykamy ogień.
Spala w nas węża, chociaż jesteśmy
ślepi, kulawi i chromi.


CZARNOBYLSKI PIOŁUN

Długo piłem czarnobylski piołun -
zamienił mi krew w żółć.

Czarny Chirurg z piekła rodem wyciął mi
żółciowy woreczek.

Wyłuskał pazurem porowaty kamień.
Żółć zastąpiła krew.

Zleciały się muchy i osy,
siadły na ustach.

Nie mogłem wygłosić mowy
pogrzebowej nad moją własną trumną.

Próbowałem pić wodę,
modliłem się do wodnych bóstw.

Małe krople żółci zapychały szpitalne
kapilary.

Krajobraz gęstniał za oknem,
płonęła synajska pustynia.

Przyleciał Mojżesz ze srebrnymi skrzydłami.
Gasił ją bożym słowem.

Jedna trzecia wód była zatruta,
druga zamieniła się w ogród.

Kierowano nas tam wedle
zasług i win.

Gdy próbowano mnie zważyć,
zacięła się waga.

Rozpoczęto zaćmienie księżyca,
płakałem czarnymi i żółtymi łzami.

Oczy zamieniły się w małe żużlowe kulki,
powypadały mi włosy.

Kości pękały jak uczniowskie ołówki.
Pojawił się Święty Jan z własną głową w reku.

Egipskie synogarlice pożarły mu usta.
Mimo to namawiał do ascezy.

Synajscy mnisi
obłapiali beduińskich chłopców.

Wszyscy zamieniliśmy się
w małe słupki soli.

O czarnobylski piołunie
jesteś gorzki i smakujesz
jak piołun.


OKULTYZM II

Słońce ściegiem związuje nas z życiem.
Zaszywa nicią solarną w diabelski kostium błazna.
Mierzy ciśnienie wewnątrz ocznych gałek.
Niech kręcą się jak bączki w śluzowej wodnej limfie.
Dwa spiralne wiry pokryte sępią powieką.
Bramy duszy, małe jeziorka mózgu.
Słońce rzuca nam rzeczy pod nogi.
Bierzcie je w oczy, tam niech zimują !
Ułamek sekundy.
Oczekiwana oczywistość.
Evidenz


CIAŁA

Dwa ciała
jak byk ma dwa rogi
zlepione splecione
rozplenione na słupach życia

lustrzany gracz
zawsze bez atu.

Jedno: wiązadłem żył i tętnic
sklepione w bryłę
centrum ekstazy bólu
pole obsiane
nasieniem rozkoszy i strachu
poplon cierpienia
rozpięte na kościanym krzyżu
oplecione plątaniną ścięgien i mięśni
zapakowane w skórę
niczym urodzinowy prezent.

lustrzany gracz
zawsze bez atu.

I drugie:
ciało które przystrajasz do świata
ciało - broń,
ciało - tarcza
ciało - wabik
tragarz powabu i żądzy
zamknięty w retorcie stylu i formy
napompowany miazgą obrazów
stworzonych w krawieckich dyktaturach
ciało strojnisia
w szminkach, maskach

lustrzany gracz
zawsze bez atu.


SPALONY LAS NA ROZTOCZU

Idę po spalonym od pioruna lesie.
Tylko przylaszczki przeżyły pożar.
Zwracają się główkami do mojej głowy,
razem śmiejemy się roślinnym śmiechem.

Moją ziemię przecina głęboka debra.
Werchowata śliska żmijka
wije się w kozacki tańcu.

Wiosenny słoneczny dzień,
powietrze lekkie,
lżejsze, coraz lżejsze.

 
 
 

»OTWOCK METAFIZYCZNY«

 
 

FALENICA

Falenica
Tutaj przed wojna
Zaczynała się sfera
Antyprądkowa
Drewniane wille w sosnowych
Lasach
Suche piaszczyste powietrze 
Uzdrawiające balsamy
Letnisko bogatych Żydów
Młody Aronek Weiss
Z rodziców co cudem
Przetrwali wojnę
Jedzie z nimi z Warszawy
Do prewentorium
Młoda gruźlica
Stoczy bój
Ty Aronku będziesz
Ministrem mówi Mama
W latach sześćdziesiątych
W Falenicy w drewnianej
Willi mały chłopiec
Nastraszył mamę
Księcia Wiśniowieckiego
Udawał głos Pani Śmierci
Falenickiej kostuchy 

 
 
 

MICHALIN

Da się powiedzieć
O Michalinie
Chyba tyle, że przeczuwamy już
Rychłe już pojawienie się Świdra
I sosny produkują coraz
Silniej antygruźlicze
Eteryczne zapachy
To pierwsze miejsce
W topologii nadświdrzańskich
Bytów ulotnych
Mimo, że to dopiero zapowiedź
Antycypacja 
Sień Zaczarowanej Krajny

 
 
 

ŚWIDER METAFIZYCZNY

Świder nad Świdrem
Rzeką metafizyczną
Pokręconą świdrowatą
Powykręcaną i wężowatą
Leży
Tutaj Wacław Karol Sikora
Wynalazł pierwszy
Chrześcijański środek
Przeciwko pluskwom
Tutaj też
Dziesięcioletni mleczarz
Lewandowski
Pierwszy o tym pięknym 
Nazwisku którego poznałem
Codziennie rano
Dźwigał metalowe
Bańki na mleko
Tutaj mieszkał Antolek
I Jobda
Którego ojciec się powiesił
Świder świdoskrętny
Letnisko mazowieckie
Posesje, werandy, zapach akacji

 
 
 

ŚWIDER I ANTYŚWIDER

Pod rzeką Świder
Płynie w przeciwnym kierunku
Antyświder
Częściowo zasypany ziemią
Czarny nurt
Tam dusza Jarosława
I moja
Poskręcane 
Mieszkają
I nawet J.Ch.
A także Padmasmbhawa
Rzadko pozwalają im
wychynąć

 
 
 

MLĄDZ

Tam gdzie do Świdra wpada Mienia
A przy rzece tkwią przeznaczenia
Metalowe słupy
Świadkowie jakiś tajemnych knowań
Inżynierów wszechświata
I gdzie na skarpie nadrzecznej
Pachną jałowce i wrzosy
Zaczyna się Mlądz
Nieznanego domena

 
 
 

ŚWIERK

W czasie przeszłym
W plusquamperfekcie
W Świerku palił się 
Drewniany domek
Przyjechała straż pożarna
Lecz cały się spalił

 
 
 

JÓZEFÓW

Po drugiej stronie Świdra
Leży Józefów
To zupełnie inny świat
Niż sam Świder
Tutaj można doświadczyć
Czym jest granica
Matka różnicy
I siostra tożsamości
W Józefowie
Załamał się styl
Świdermajer
Józefmajer jednak nie
Zdążył powstać
Tutaj poznałem chłopca
Na stancji
Któremu otworzyło się
Trzecie oko
Nadświdrzański potomek
Króla Edypa
Co wieczór modlił się
Razem z nami
Dwuocznymi
Do Tajemnego Boga
Bezsamogłoskowego

 
 
 

OTWOCK

Nad święta rzeką Świder
Leży rozległe miasto Otwock
Tutaj przed wojną leczyli się
W sosnowych lasach liczni
Gruźlicy
Sanatoria, prewentoria
Żywiczne powietrze
Drewniane domki z ażurowymi
Werandami i wieżyczkami
Dzieło włoskiego architekta
Niepowtarzalną atmosferę 
Otwocka konserwuje bieda
W rozpadających się domach
Stylu Świdermajer mieszkają
Liczne rodziny
Nie ma tu jeszcze nowoczesnych betonowych
Domów nowobogackich
Nad świętą rzeką Świder
Korczak chronił sieroty
Singer pisał opowiadania
Husserl stworzył teorię pasywnych syntez
Chagal tęsknił za Witebskiem
Modigliani pił absynt z szyszek
Einstein odkrył grę w pingponga
Mandelsztam uciekł tu z Kołymy
Nad świętą rzeką Świder
Wacław Karol Sikora
Lubił się opalać

 
 
 
ŚRÓDBORÓW

Tak jak Michalin był słodką protencją
I zapowiedzią, tak Śródborów jest
Retencją
Melodią, która jeszcze brzmi
Lecz dopełnia się
Zaczątek przebrzmienia
Jednak Śródborów jest piękny
To właściwie taki
Przedłużony Otwock
Stary przedwojenny szpital
Dla gruźlików
Ze strzelnicą i zgrabną
Trupiarnią
Przed wojną był podwarszawską
Czarodziejską Góra
Dzisiaj zdewastowany
Z przeznaczeniem dla
Beznadziejnie chorych
W Śródborowie jest też dom
Dziecka prowadzony przez
Zakonnice
Miejsce, gdzie nie chcielibyście 
Się dostać w dzieciństwie
Wśród wielkich sosen
Stare wille przedwojenne
Miejsca spotkań
Drzewnych Kawalerów
 
 
 

CELESTYNÓW

Celestynów leży wśród prawdziwych lasów
Niedaleko Otwocka
Nie ma tutaj drogerii ani zakładów
Fryzjerskich
Lasy lasy lasy
Tutaj spotkałem
W czasie grzybobrania
Mordercę
Z nożem kuchennym
Niby do grzybów
Chyba jednak nie 
Nie do grzybów

 
 
 

MURANÓW LATA SZEŚĆDZIESIĄTE

Bracia Maruzowie rządzili ulicą Pawią
W szkole ścisła hierarchia siły
Najpierw przerośnięci:
Brodacki
Średni Maruza
Deyneko z Gibalaka
Denysenko
I my dziesięciolatkowie:
Pecho
Cygan
Ja
Kolejność wywalczało się pięściami
Na szkolny boisku
Często szkołę otaczała milicja
Chroniła zagrożonych nauczycieli
Uczniów
Którzy nie chcieli poddać się 

 
 
 
 

TAJEMNCZE DZIEJE PIERWIATKÓW
CZYLI
POEMAT KOPALNO-ROŚLINNO-ZWIERZĘCY

 

PROLOG

To potwarz
W oblicza Księżyca rzucać
Obelgi
I słone słowa bez ustanku
Zarzucać na jego skaliste morza
To potwarz
W wystygłe miechy Słońca
Wlewać zimną wodę jezior
To potwarz i obraza
Rysować niebo a odwieczne planety
Obwiniać o bezruch
Nie wystarczy już światu lat do powtórzenia
Pokrętnej historii światła
Nie wystarczy już ziemi rudy
By opowiedzieć tajemne dzieje pierwiatków

 
 
 

MIASTO 

Miasto, gdzie ogromne odlewnie cyny 
Żarzą się w dziennym skwarze 
A opasłe kotły dymią nocami 
Miasto, gdzie drgająca miedź wbrew swej woli 
Parzona jest z wolframem 
I tłusty miękki ołów 
Miażdżony jest przez powietrze 
Miasto pylicy i tłumionego kaszlu 
Miasto opiłków zmieszanych ze śliną 
Miasto, w którego ciemnych fabrykach 
Stalowe noże tokarskie 
Milimetr po milimetrze 
Tną cienkie dyski 
A nasycone węglem frezy 
Żłobią w nich długie korytarze 
Miasto rytmicznego obrotu 
Twardej tarczy szlifierskiej 
Gładzącej w strugach cieczy 
Żelazny sześcian 
Miasto, gdzie wyrwane z ziemi metale 
Przeciw własnym liniom 
Ścierają się i walczą 

 
 
 

W MIEDZIANYCH TRYBACH CZASU

Nie tak łatwo jest wstrzymać krojone pod szkłem
Grubych lup zbrojne ramię czasu
Zegary cykające w ciszy oczekiwania na poranek
Wskazują dwoma szczapami palców komu sen
A komu długa warta jest przypisana

  
  
  

OKO I: HEL 

Czy wiesz, że oko 
Przez które patrzysz 
Ma w sobie hel 
Słoneczny gaz 
I kiedy serce swe napełniasz 
Uczuciem trwogi 
Hel płynie wolno poprzez ciebie 
I płynie wolno poprzez świat 
Hel jest jak moment, 
okamgnienie 
Jest też cierpieniem 
Jest słońcem, rzeka 
Miastem i ropą 
Hel jest nieznanym 
Trybem sklepienia 
Gazem ożywczym 
I samym życiem 
Jest mrozem, ciepłem 
Latem i wiosną 
Zmęczonym chłopem 
I jego trzodą 
On jest prorokiem 
I jego wróżbami 
I świętą księgą 
Hel jest pytaniem 
I odpowiedzią 
On zna, co było 
I wie, co będzie 
W jego strumieniu 
Myjesz ręce 
Po jego glebie 
Przechadzasz się 
Nie jesteś jego 
Odzwierciedleniem 
Nie jesteś także 
Zaprzeczeniem 
Jesteś po prostu 
Nim 

 
 
 

KAMIEŃ 

Ustami dotknąć jego twardość 
Objąć przedwiecznie zimną bryłę 
Za jego ciszę bezlitosna 
Za jego przeogromną siłę 

Czy słychać szepty i nakazy? 
Czy chcemy odpowiedzieć na nie? 
Boski wysłańcu Nam przekazuj 
Twego spokoju mocną linię!

 
 
 

OKO II: DIAMENT, SREBRO, WĘGIEL

Z głębin
Tak, z głębi
Wydobywa się węgiel
Czarny atom, z którego
Zmysły człowieka
Są ulepione
Z głębin
Tak, z głębin
Srebro, biały metal życia
Ciągną wagony kopalń
By cienkie linie umysłu
Zapełnić myślą
Z głębin
Z tuneli zapuszczonych w ziemię
Poprzez pot
Windami w górę
Wwozi się diament
Diament, którym mogę spoglądać w lustra
We wszystkie lustra świata
Spiętrzone i zgromadzone
Dziś tutaj
Lustra zwykłe i pocięte kryształy
Wypukłe lustra aparatów
I maleńkie lustra kropel
Lustra jezior
I nagle unieruchomionych rzek
Lustra lodowatych oceanów
Śpiące pod okiem strwożonych galerników
Lustra ciepłych od deszczu kałuż
I lustra tajemnych przejść
Zwierciadła zaklęte w podwójne dna
Smutne lustra prawdy
I gabinety śmiechu
Cała historia luster
Ich naprzemianległe odpowiedzi
Ich niepojęta oś i nieuchwytne centrum
Z głębin
Tak, z głębin
Poprzez błękitne oko diamentu
Osadzone w węglu i białym srebrze
Lustra niosą obrazy

 
 
 

PYTANIA

Czy w tak pustym dzbanie
Może narodzić się kwiat
Czy o północy wystrzeli pąk wiązu
Przechadza się po plaży miarowo
Klepsydra toczy piach i zimna ryba
Dotyka pyszczkiem jego twarzy

 
 
 

MOŻE

Może Bóg
Zgasi gorące stalowe wstęgi
Ręką spokojną
Powstrzyma ciężką twarz tantalu
I czarny pluton
Nocą wyrywający się
Do swych groźnych braci

Może Bóg
W tę noc przepychającą bryły
Niebieskiego granitu
Wzniesie wieżę z potasu
I z uległego nożom sodu

Może pójdzie za wiecznym ruchem liny
Która zawęźla się i zapętla
I w miejscach zetknięć pękając
Rodzi szklistą jak oko żaby rtęć
I nikiel pulsujący, żywy
Błyszczący w dzień
I pod naporem stóp Barana
Oziębiający swe wnętrze
Oraz - gdy lina skręca
I ucieka początkom
Spokojny glin, który
Osiada na dnie

 
 
 

PLATYNA 

Platyna to kraina rozległa i niezbadana 
Jej wąwozy nieraz już stawały się pułapką 
Starych, zniedołężniałych kretów 
jej pęknięcia i rysy więziły na zawsze 
Leniwe trutnie 

Trzeba było ją ogniem męczyć 
By zmieniła się 
W koło lub tubę 
Bądź perswadować długo 
By ulać z niej 
Szybę i nóż 

Na nic to jednak 
Ona w swej potędze i cesarskim majestacie 
Odrzucała pieniądze i niweczyła myśl 
A symetrycznej swej budowy 
Broniła jak orzeł 
Przed wtargnięciem 

 
 
 

URAN 

Los zepchnął Uran 
W daleką orbitę nieba 
W zimną i owiniętą szalem księżyców 
Piwnicę wszechświata 
Tam zmusił zimny metal 
Do ciężkiej pracy - 
Mieszania gazów 
Opornych i gęstych 
Wyrywania im ostatnich pierścieni 
Tańczących elektronów 
Wiązania ich w ulotne związki 
Nie nadające się do życia 
Tak rozkazał dumnemu bratu żelaza 
Rozbijać serce 
I czerpać z niego energię

 
 
 

SIARKA I FOSFOR

Można by sądzić, iż żółte skrzepy
W garbie wielbłąda to gromady
Wiecznie spadających w przepaść
Atomów siarki
A broniąca przed kłem nosorożca
Skorupa pancernika
Ma w sobie fosfor i miedź
Lecz nie
Siarka jest tylko okiem pawia
A fosfor drzewcem strusia

 
 
 

GAZY 

Gazy 
Szumią i skomlą 
Syczą w kapilarach 
Nocą tłoczone płucami drzew 
Wślizgują się do naszych serc 
Tlen, który umiera bez wody 
Azot, który jest magnesem gazów 
Wodór, który nas spali 

Gazy obejmują gorącą obręczą ziemię.

 
 
 

MILCZEK ŻYJĄCY W GŁOWIE PTAKA

Ostatni pył galaktyki to bar
Chłodny w swych porachunkach
Z bogiem ziemi Tytanem
I tylko w głowie zięby
Mający swe leże
Ostatni pył galaktyki to bar
Milczek żyjący w głowie ptaka

 
 
 

NIERZĄD I GWAŁT

Nazwaliśmy nierząd srebra z ćma
Księżycem
A gwałt krzemową lancą zadany złotu
Słońcem
Nazwaliśmy latarnie światłem
Roztrącającą szwy wody
Ziemią
Wprzęgliśmy kwaśny rad i syczący cynk
W kierat pracy
Okiełznaliśmy talię litu
I zmieszaliśmy go z chlorem
Kłamstwom pierwiastków zaprzeczamy
Zamykamy je w kuli

 
 
 

TARCZA I DREWNO 

Czas zdumienia i popłochu 
Wpędził skrzydło ptaków w otchłań 
Wstyd kazał ramieniu człowieka 
Zamieszkać w domu szerokim 
Pies, który powtarza 
W nieskończoność swoje głupstwo 
Jest pełen łakomstwa 
Tarcza i drewno 
Szkło i lampa 
Biodro i strzała
Obracają się w koło
A dym je omija

 
 
 

RZEKA 

Nie tak łatwo jest oszukać 
Stygnące wolno po zimie rzeki 
Nie można ich zbyć rogiem 
Czy szorstkim kopytem byka 
Nie chcą się poddać i nie będą nigdy 
Toczyć swych kół zbrojnych w tryby -
One wiedzą, że niosą w sobie 
Rzesze zimnych jak śnieg raków 
I kłęby szarych traw 
W ich jarach i podziemnych rozgałęzieniach 
W podrzekach i podstrumieniach 
Nikt nie czeka 
By prąd zwabić światłem 
I wtrącić go w oddech ważek 

 
 
 

WRÓŻBY

Nie tylko noc ma swoje tajemnice
Lecz także dzień w zagłębieniach powietrza
Zakrywa swoje słabostki ostrym żywopłotem
Przed obcym okiem
Nie tylko twarze zamieszkane
Przez tysiące płytkich korytarzy
Osaczyły zagadkę w źrenicy
Lecz także zrzucające pył drogi
Stwardniałe stopy i ściskające
Dębowe wiosło dłonie pełne są śladów
Nie tylko jelito i tchawki trzmiela
Uciekające nieważkością wszystkim szkłom ziemi
Lecz także przewrotny układ kamieni cukru
Zamyka nadzieję
Nie tylko rozsypane po morzach wraki
A po miastach szkielety dawno zamilkłych ludzi
Lecz także częstość zdziwień i uśmiechów
Wskazują domostwo
Nie tylko zimna i przepalona prądem kawa
Lecz również numer kul i kolejność
Płaczących w kondukcie żałobników
Osłaniają niepewnością odpowiedź

 
 
 

CZŁOWIEK

Gdyby puszcza uginająca się pod nabrzmiała
Obfitością zieleni wiedział dokąd idzie
I dokąd pną się jej długie liany
Gdyby żółta pustynia przeszukiwana nocami
Przez szybkie skorpiony i zimne hieny
Umiała się zatrzymać
I gdyby gęste i pełne roślino-zwierząt morze
W swym pędzie i rozkwitaniu dna
Mogło się opamiętać
To wówczas człowiek - granica westchnienia
I przecięcie się dwóch witraży - stanąłby
I wstrzymał na chwilę
Mechaniczne serce własne przestrzeni

 
 
 

MARZYCIEL Z CIEMNEGO MIASTA 

Krawędź światła obniżyła się 
I Bóg podniósł twarz 
Marzyciel z ciemnego miasta 
Jeszcze nie zakiełkował 
Jego żołnierze są chorzy 
I płaczą w wąskich łóżkach 
Niektórzy jeszcze dorastają na ciepłych 
werandach 
Chronieni ręką matki 
Nadchodzi jednak chwila 
Gdy z przeszłości powróci 
Nieprzerwana nić czasu 
Nić kolistego labiryntu 
Usnutego z zasadzek i wnęk - 
Marzyciel z ciemnego miasta 
Przebudzi cichych żołnierzy 
Przedtem jednak będzie się błąkał 
Po piętrach wieży wyrosłej ze spękanej ziemi 
Będzie gromadził swój upór 
Jak wół zbiera dzienne zmęczenie 
Będzie zakładał długi płaszcz 
Próbował odmówić różaniec 
Nadejdzie jednak chwila 
Gdy opuści stolicę trójgłowego orła 
I przejdzie podnóżem gór do miasta lnu 
Tam już czekają na niego szachownice 
Pełne nieugiętych laufrów 
I beznogich koni 
Zetnie włosy i zrzuci płaszcz 
Rozpocznie długa mowę 
Mowę progów i sieni
Nastroszoną cierniami i podpartą włócznią 
Odgłos będzie bezdźwięczny 
Lecz nieubłagany i nieugięty 
Żołnierze powstaną i obleką się w stal 
Ramiona krzyża pękną i zwrócą się ku ziemi 
Niebo jak twarz spochmurnieje i ukryje z trwogi świece 
Marzyciel powoła się na zamknięte księgi 
Środka 
i na spiżowe posągi Północy 
Wtenczas nie będzie odpoczywał 
Odrzuci skażone ciała umarłych zwierząt 
I odepchnie zioła zmieszane z wodą 
Z dnia na dzień jego tarcza będzie grubieć 
A dzida wyostrzy swój grot 
On jednak cierpliwy 
Doczeka aż skała otoczy czoło

 
 
 
 

UCIECZKA Z BEZŚWIECIA

 

UCIECZKA Z BEZŚWIECIA I

Poprzez rdzeń kręgosłupa
Ciągniemy wraki wygasłych słońc
Ostatnie ruchy boga
Opuściła nas jasny duch.
W korzeniu dębu
Ciemność tlącą się zostawił.
Byty w swych mokrych leżach
Obracają się ku nam twarzami.
Zwierzęta bliższe jemu niż nam
Wstrzymały oddech.
My w rdzeniu kręgosłupa
Jesteśmy załamani i wątli.
Tęczowej światłości nie zdoła
Odbić następne lustro,
Z korzenia
Poprzez twarde tkanki drzewa
I słodkie soki liści
Wychyla się ciemność.
Świętości zabiera świat
Bezświęta ziemia płonie
Drgają ognie bezswiecia

 
 
 

UCIECZKA Z BEZŚWIECIA II

W czarnych wirach ziemi zlewają się światy.
Na mrocznych poddaszach starej krwi
Lgną do siebie przefiltrowane warstwy mgły.
Uciekinier oddycha lekko
Znajdując błękitne odłamki ciszy.
Bezświecie pozostało daleko:
W kulistych łożyskach wielkich dźwigów.
Podnosi się wolno niczym ślimacze zaloty.
Zostało daleko - w głowach ptaków
Wysuszonych na chłodny popiół
Przegnany nocnym wiatrem.
W nie zaostrzonych dziobach orłów,
W odartych skórach napiętych lamparcich twarzy,
W niewypełnionych trucizną cienkich językach wężów.
Krzyku, wydobywasz się gardłem bezświecia,
Odwracasz powoli czuwanie
Przyczajonego świata:
Nadwątlona sława rycerskich miast
I królów przegrywających swe pałace.
Księcia nauki próżne -
Nie wie, jak płonne są te czasy
Myśli jeszcze nie wydarte rzeczom
Z góry skazane są na to, aby dotknięte
Miedzianą ręką Boga skruszyły się i zamarły,
Żeby od drgnienia jego powieki powstały
Z bezkształtnego fioletu zmory i zwierzęta,
Poczwarne kwiaty i kwieciste owady.
W czarnych wirach zlewają się światy.

 
 
 

OBRÓT WOKÓŁ WIECZNEJ OSI

Odpadły letnie koła wiatru
Jeszcze wirują cząstki światła
Od mokrych opon zimnych dni
Uciekły w siną kulę rtęci,
Z zewnątrz gorące niczym żagle
Ciągnące łodzie w szkle równika,
Wewnątrz zimną i przestrzenna.
Potrójnie mocną:
Jak pień żelaza
Jak las metali nieodgadnionych
Jak ciężka woda
Zakrzepła w pozach wielogłowych.
W rtęciowej kuli,
Po rusztowaniach lnianych chmur,
Pod wiotką siecią przesileń nieba
Powoli sunie szkielet Ziemi,
Nagle rozbrzmiewa złote stuknięcie
W błyszczący lemiesz jej nocnej wiary.
Skąd wiara w tym okrągłym bycie ?
Wiara to obrót wokół wiecznej osi,
Spojrzenie w lustro własnej twarzy,
W zwielokrotniony echem głos.
To ruch ogromny i bezmierny,
Oceaniczny przelew wód,
Mocny jak metal wyhartowany
W czarnych przestrzeniach hut.
Obrót toczący zwały węgla
Nawarstwia ich nieogarnienie
Ze zgrubień bytu niczym z lasu
Wychodzą zwierząt prężne ciała.
Obrót wiodący masy rudy
Wyzwala roślin spław tlenowy,
By nagle zwiększyć swe okręgi
I bliżej źródła twarz przesunąć.
Spojrzeć, na chwilę się zagęścić
I nadać słowu kształt
Patrzenia.

 
 
 

KRÓLOWIE W KOLE OGNIA

Cienie wrześniowych królów
Pełzną dnem rzeki
Stopy ich odciskają ślady
W szarym mule
Twarze wątpiącego tłumu
Nabrzmiewają dziś światłem
W średnicach zagasłych ogni
Popieleje trwoga
Królowie
Z niewymuszonym zapałem
Otwierają ciemność orzecha
Na ich rękach nie widać jeszcze
Pęczniejącej jak truteń starości
Na ich udach zdatnych do dalekich marszów
Krew nie wyrzeźbiła jeszcze bolesnych korytarzy
Oni - zostawiając pobrzmiewanie swoich głosów
W uszach tłumu, któremu nieczułość
Zabrała nadzieję -
Przełamują się w październik
Nie tykając jego jedwabnej zasłony

 
 
 

ZAKON 

Czarne krzyże i Bóg 
Chrystus dopina pancerz
i drży jak liść 
Krzyżak wbił topór w jego ciało 
tak Zakon mści się na krnąbrnych 
Jadźwingach 
Wieś w moczarach i bagnach 
łzawi jak stara baba jaga
nieczystej mocy i tajemnych kuźni 
wiatr nie poskromi 

 
 
 

DZIEŃ ŚMIERCI

Śmierć
Jak senni bogowie, którzy żyją w wysokich górach
I żywią się ostem oraz krwią jaszczurki.
Śmierć
Jak szary wilk samotnik
Pędzący przez wyschnięte równiny Iranu.
Dzień śmierci,
W którym przestworza zapełni tłusta ryba,
W którym pomiot pająków w swej lepkości słonej
Spocznie na leśnych drogach,
W których głębia głębi szepnie cenę ciszy
I podzielona będzie gleba jarów
A kraina dołów odwróci się od słońca.

 
 
 

KTO 

Kto w sercu małży jej krew śliską i zimną 
Osłoni ogniem i z drogi jej zawiłych podróży 
Odczyta losy oceanu 
Kto przez szklane szyby akwarium odtworzy
Lata tracące siły w ciągłej przemianie 
Kto napięty niczym kruche drewno łuku 
Dowie się jak zmęczone i stare są jego włókna 

Ten nigdy i nigdzie 
Będzie i nie będzie

 
 
 

FANTASMAGORIE

Krew nie dotyka twarzy
Zimnych rtęci ogień nie przecina
Brązowych rdzeni kości
Stalowe głowy
Nie uniosą swego ciężaru
Miłość zakrzepła w mrocznych oczach
Morskiego psa
Letni płyn
Topniejącego lodu przekazał wieść
Mocnym ostrzom noża
Widać już z za
Skały oddalający się
Ogień wiosny
Widać już z za krzewu płynący
Puch nieba
I z za lisa
Konające słońce
Las oglądany przez zielony słup powietrza
Rysuje przebiegłą czaszkę rysia
Namawia twardy dziób orła
Do dalszych walk
I odpuszcza winę pochopnym zbrodniarzom

 
 
 

ZGIĘTE I WYRZUCONE SŁOWO WĘŻA (II) 

Myśli są kruche i senne rzeczy wdzierają się 
w obszar umysłu 
Powoli napełniają świat kruchością 
Kto odpowiada za słowa wydobyte ze zmęczonych 
Bezustanną pracą serc 
Nie my 
Nie nasze niewierne oddechy 
Nie noc i nie dzień 
Lecz wywrócone wrota czasu 
Zaklęte w krzemiennych rzeźbach zwierząt 
Stare jest lato jak przetrącony 
Chwastem zimna słonecznik 
Stare są jego brony ryjące głęboki sypki pył ziemi 
Stare i bezpłodne ostatnie ruchy siewcy. 

 
 
 

ZGIĘTE I WYRZUCONE SŁOWO WĘŻA (I) 

Bądź ostrożny 
ryba ślizgająca się w głębinie 
oceanu poluje na twe martwe oczy 
Bądź ostrożny 
paw swym krzykiem zabija twe uszy 
Bądź ostrożny 
woń kładącego się na pola wieczoru 
przebije zdolność czucia 
Bądź ostrożny 
bo zmysły rozłożone na granicy 
lodowych tarasów i gorących drewien 
odepchną cię najdalej od siebie 
i rozpoczną walkę o wilgotny popiół 
twych mięśni 
Oto jest słowo nietoperza 
Oto zgięte i wyrzucone słowo węża 
Oto słowo wilka i słowo niewiernego psa 
Bądź ostrożny 
Nie pozwól 
Znikać wrogom 

 
 
 

WOJNA

Wieje piaskiem ze strony Wojska
Śpią bracia zalepieni żółtą gliną
Zwątpienie jest uśmiechem nadziei
Jak odciągnięta żywica jest płaczem drzewa
Wieje piaskiem od strony Wroga
I zamyka się serce ziemi
Samotność jest zdziwieniem roztargnionej miłości
Jak wiosna jest kątem lata
Wieje piaskiem od strony Wojny
Wiatr przynosi westchnienia ginących strumieni czasu
Śmierć jest ścielącym się dymem życia
Jak ogień jest zwykłym lenistwem wod

 
 
 

BÓL 

Ból 
światu blask zabiera
Odciąga 
światło w swe szczeliny
Odczernia 
jądro własnej pełni
I barwi 
złotem swe krainy 

Tajemna 
w wodach skrywa się busola 
Według 
jej wskazań niewyraźnych 
Ból 
rzeczom rwanie swe oddaje 
W macierz 
powraca lęk odważnych 

Spoiny, 
rysy, cierpień ślady 
Łącza 
materie krwi i wody 
Dwumienny 
taniec je zespala 
W jedno 
namiętne serce chłodu 

 
 
 

DLACZEGO TAK SPOKOJNIE... 

don carlos nie był optymistą, rumak jego zwał się 
czerń a w dolinie ludzie mówili, że jest zły jak
omen, rżał radośnie na widok nieszczęść 

kwiaty sypały się same z worów, a tłusty jęczmień 
strzelał w nocy głośno 
w starych beczkach słodkie wino fermentowało 
don i jego koń spali już od trzech lat 
a szpada i ostroga rdzewiały w stajni 

 
 
 

BIEGUN 

wreszcie zima mrozi nas w kły niedźwiedzi 
zimniejemy trzeszczą kości 
chrzęszczące śniegi ciągną zdrętwiałe psy 
zaprzęgi ryczą groźnie 
szczerzą się pyski wilków 
białe mleczne bursztyny 
lodowata kolia sopli 
dokąd zdąża głodny łoś 
gdzie szara ryba znajdzie rozbity lód 

 
 
 

CIEMNOŚĆ 

w ciemnościach człowiek niesie swe płuca 
i ciemność wypełnia ich loch 
ciemność jest w żyłach i 
kręgach niebios 
ciemne jest słońce 
i zimne jak pot 
ciemność jest w wodach 
ciemność w gestach 
ciemny jest projekt niejasnych spraw 

 
 
 

***
gdy gwałtownie wbija się w pył 
ogłuszony czarnym prętem nocy 
wędrowiec, strumień siły 
potrzebujesz pomocy, połóż się 
cicho oddycha, drżą usta, krew toczy 
swe wody 

 
 
 

NIE IGRAJ ZE ŚWIATŁEM OJCZE

Harce ze światłem podniecały mnie do szaleństwa
Puszczane przez wąskie ścieżki szklanych trójkątów
Rozbijało swą substancję w strojny wachlarz barw
A rzucone gwałtownie w porowaty węgiel ginęło bezszelestnie
Potem ojciec pokazywał jak łagodnym kiełkiem słońca
Palić trawę i wzniecać trwożne pożary na łodziach
Do czasu gdy fiolet pioruna nie zabrał go nagle
Na huczne misterium energii

 
 
 
 

PRZEŁOMY

 

LUNETA I NIEBO 

Luneta nagina szklistą uprząż soczewek 
Wiele odmian ma koło 
Rozpięte na końcu rury teleskopu 
Przerżnięty śnieżnym ostrzem topora stożek 
Wykrwawia pełną delikatnych fioletów elipsę 
Planety i słońca suną w powolnym majestacie 
Na jej mocarnych linach 
Nocne jesienne niebo 
Widzę wszystkie nagromadzone w tobie 
Odmiany czerni 
Widzę herezje błękitów 
I szaleństwa szarości 
Miliony niklowych nitek 
I złoto wstążek komet 
Słabiutkie latarki planetarnych faz 
Wsączają się w lejki oczu 

 
  
  

PÓŹNA WIOSNA

Korzenie wiosny
Zapuściły się tego roku za daleko
Wiatr dudnił jak szalony
Deszcze wyły zbyt mocno
Senne żuki kroczyły do miasta
Lecz smak drogi zatarł się
Na wieki

 
 
 

ELIPTYCZNE LATO 

Otwierają się wrota powietrza 
duszno, parno - motyle rozpylają miętę 
zapachy gorzkiego lata 
korzenne sny, cynamon, łzy 
czarny pieprz w zielonych kulkach winogron 
wiatrak kręci niebieskie tony nieba 
skręca elipsę wieczoru

 
 
 

ODEJŚCIE 

Znowu krąg lipca wymknął się nam z rąk 
Lekko zaróżowiony sierpień wpadł do studni 
Wrzesień przemyka chyłkiem za oknem 
Miesiące, miesiące, miesiące... 
Owalne półksiężyce uśmiechów 
Który z was wychodzi drzwiami 
A który wybiera wąski lufcik 
Który zapadnie się pod ziemię? 

Cienkie dni lata 
Coraz bardziej spłaszczone 
I powyginane od żaru

  
  
  

JESIEŃ 

Ugodziłem jesień metalową strzała 
Pełną granatowego tuszu 
Błękitny akwamaryn skupia 
W przezroczystych pokojach lasu 
Całe świetliste powietrze 
Południowego nieba 
Selenit blady jak gips 
Zmarniały w rękach partaczy 
Wiruje na końcu wrzeciona 
Brylant w połyskującym garniturze złota 
Roztrwania wahadłem najdłuższe 
promienie 

 
 
 

PRZEŁOM I

Ostatni odblask lata rozżarza skrzydła owadów
Naprężone już jesiennym smutkiem.
W spłaszczonych głowach ciem
Skupiły się szczątki siły.
Lato zgubiło obręcz skręcającą
Cztery przezroczyste pory roku,
I wsącza wonne ognie w rozkrwawione krzewy.
Przepoczwarza się zrzucone poroże.
Jesień rozsupłała
Spiralne wiry nieboskłonów
Kleszcz zimy wysuwa nożyce

 
 
 

PRZEŁOM II

Naprzeciw siebie
rozwarte paszcze kątów 
Zakrzywiony dziób lata 
I płaska czarna twarz 
jesieni - 
Przekrzykują się 
Jazgotem szpaków

 
 
 

PRZEŁOM III

Przepołowiony jesienią las - czeka
Gdyby miał więcej twardego prochu
Wokół zakorzenionych żył
I gdyby mógł ściągać ptaki
Oddalające się ku ciepłej półkuli
Jego ciemię pokryłoby się
Mokrym mchem i słodkimi kłączami wrzosów
Mocny lesie wysokopienny
Zdławione pajęczą jesienią lato
Przywołuje cię na pomoc
Konary rwą się ku roziskrzonym
W rozpadlinie nieba
Planetarnym wysiłkom
Dziobią bezskutecznie poszycie ciszy
Przepołowiony jesienią las - czeka

 
 
 

PRZEŁOM IV

Wprowadziłem czarną kawkę jesiennej nocy
W kąt lasu
Czy udało się zapobiec
Trzaskającym w deszczowej porze
Wyładowaniom kulistego pioruna lata
Zima już rzuca swój stalowy oszczep
Stępiony przez uparte rozbijanie przerębli
W cichych i przemykających chyłkiem
Niby wystraszone zwierzęta dniach

 
 
 

PRZEŁOM V

Stare jest lato jak przetrącony
Chwastem zimna słonecznik
Stare są jego brony ryjące głęboki
Sypki pył ziemi
Stare i bezpłodne ostatnie ruchy siewcy

 
 
 

PRZEŁOM VI

Alabaster, beryl, perła, koral
Zamykają się w srebrnej ostrydze jesieni
Drobne kryształki lodu
Ukryte w czerwonej komorze serca
Zimna, ślepa królowa
Słucha jak wielki młot jesieni
Rozbija słoneczną kulę lata

 
 
 

BALLADA O ROZPADAJĄCEJ SIĘ KROPLI MLEKA

Lato leci samolotem
Czwarty kot tuż za płotem
Z miodu kropki
Z mleka myszki
O życiu po śmierci
Rozmyśla Szyszkin

Widmo wesołe
Bawi się kołem
Kwitną truskawki
Boję się czkawki

Byłem samotny
Jestem markotny
Woda się błyska
Upada szyszka

Cygańskie konie
Tatarskie dłonie
Świat się przemienia
Święto jelenia

Bosa studzianka
Sina kijanka
Witam cię jeżu
Już po pacierzu

 
 
 

***
człowiek jest kruchy jak słony paluszek 

 
 
 

***
Co Bóg i drzewa maja wspólnego? Milczenie.

 
 
 

DZIEŃ POPRZEZ SUBSTANCJE

Biała świetlista pasta do zębów
Pachnąca lawendą woda kolońska
Żel deodorantu
Zioła melissy i kocimiętki
Chleb, masło, sery, wędliny
Kawa lavazza
Witamina b
Krople do nosa
Płyn spryskiwacza
Freon do klimatyzacji
Benzyna bezołowiowa
Płyn do płukania tkanin
Kawa
Ryż, krewetki, fasola
Ostra przyprawa
Pasta do zębów
Zioła kali
Szampon z odżywką
Płyn do wzmacniania włosów
Krem do ciała
Miąższ z melona
Woda z miodem
Biała świetlista pasta do zębów

 
 

 PRZYJACIELE DOMU 

Odkurzacz Rainbow (a jednak się zepsuł) 
Magnetofon Dat z Singapuru 
(zepsuł się dwa razy) 
Notebook z Singapuru zalany wodą mineralną 
padł i trzeba go było reanimować 
Telefon Benefon odbiera jako tako 
Telefon Ericsson - sieć GSM - 
tylko w miastach: kaucje, zaświadczenia 
telefon Panasonic - czasami pika bez sensu 
komputer Power Book 520 - wypadł 
z plecaka i ledwo się trzyma na nogach 
mały przenośny Dat Casio robi dropy - 
zawodny 
fax Samsung spadł i połamał się 
fax kupiony od Mila nie działa i nikt nie wie co 
mu jest 
drukarka atramentowa spaliła się biedaczka
i poszła za karę do piwnicy 
pralka Whirlpool już pierwszego dnia 
pogubiła sprężynki 
wyciąg Whirlpoola spowodował 
kilka ładnych nerwic 
lampy zewnętrzne z czujnikami doprowadziły 
do poważnej kłótni - będą świadkami 
na rozwodzie 
alarm uruchamiają koty zatem wyłączony 
Kamil Sipowicz złamał kość śródstopia 

 
 
 

TUBKI 
(kolejny wiersz z tomu "Rzeczy") 

Tubka z pastą do zębów 
Tubka z żelem do włosów 
Tubka z maścią rozgrzewającą 
Tubka z kremem do rąk 
Butelka plastikowa z szamponem 
Buteleczka z resztką perfum

 
 
 

TAMAGOTCHI

Babytchi - potrzebuje miłości
Marutchi - uśmiechnięty
Ginjirotchi - zrelaksowany i silny
Masktchi - egoista wstaje późno
Marmetchi - długie zdrowe życie
Kuchitamatchi - chory
Kuchipatchi - nieszczęśliwy
Tarakotchi - niewychowany
Nyorotchi - młodo umrze

 
 
 

EPOKA PISMA

Ten zapis
Jeśli nawet nie jest wierszem
Jest pismem
Śladem lektury
Jej gramem i grafem
Lektura to Gramatologia
Energia pisma
Co wypiera głos
Spycha go na peryferia
Jest zapisem
Śladem
Uchyleniem obecności
Śpiewem
Poli-grafii 
Fono-grafii
Pro-gram-ów 
Porno-grafii
Sceno-grafi
topo-grafii
foto-grafii
kinemato-grafi
gram-atyki
grafo-manii

 
 
 

ZARATUSTRA POŁKNIĘTY PRZEZ MEGAPOLIS

W Gruzji
W niedostępnych górach
Plemię Pszawi
Blisko plemienia
Hewskurów
Corocznie
Odprawia 
Swój pogański
Obyczaj
Duchy schodzą
Ze szczytów
Po ofiarę
Z krwi barana
Z czaczy
Z białego wina
Ludzie jednak
Coraz bardziej miastowi
Coraz mniej
Wiejscy
Odchodzą powoli od obrzędu
I stary szaman
Wyglądający niczym
Polski szlachcic
Rasa kaukaska
Już niebawem nie
Będzie miał
Dla kogo
Odprawiać
Rytuału
Megapolis połknie
Starego Zaratustrę

Kamil sierpień 2003

 
 
 

TEORIA MIŁOŚCI WEDLE HEGLA 

Absolut zakochany sam w sobie 
i bez pamięci 
Tworzy czas 
i naturę nim nęci. 

 
 
 

BARDO I WIATR I 

wiatr przerzuca nas od życia do śmierci 
unoszeni niczym liście przekraczamy 
to co najbardziej tajemnicze 
przeskakujemy z życia w życie 

 
 
 

BARDO I WIATR II 

wysuszona żaba na 
piaszczystej plaży 
w czerwcu w Mojdach 
na Warmii 
istnieje już w innym 
wcieleniu 
jako doktor filozofii 
na Uniwersytecie 
im. Łomonosowa 

 
 
 

BARDO W BARDO

Medytuj nad bardo
W Bardo
Blisko Ząbkowic Śląskich
Kiedyś Frankenstein
Tam ćwiczył się
W bardo

 
 
 
 

VARIA

  

BUNT MATERII

zacieśniają się pierścienie placów 
uciekają godziny gonione wypukłą chwilą
jestestwa pulchnieją zdumione
rośnie w siłę materia 

 
 
 

MAJ TUWIMA 

blaszka wieczoru 
puszka dnia 
żółte linoleum 
naszpikowany elektrycznym prądem
maj sunie po zimnych szynach

 
 
 

WODNY WIERSZ

Woda więdnie zgniłymi liśćmi
Woda wyszła z kwiatów wiśni
Woda wejdzie w nas
I nas wyśni

 
 
 

HALASTRA DIOD 

Krzem przeklęty 
diadem drży 
azbest krąży 
w kręgi wody rzuca oko 
wstęgi wiją się na kołkach 
szklane szyszki prószą wiatry 
cyfry kręcą cukier w lodach 
a za rogiem czai się hałastra diod 
chińska magia tranzystorów 

 
 
 

OBŁĘD I PRZYSŁOWIE 

gdy oszalały cztery zmysły me 
tak rzekło ucho do wielbłąda 
przejdź na wskroś bramę tę 
a grzeszni nieba wnet dosiądą 

 
 
 

WIADRO WESTCHNIEŃ

Ciche szepty i ciche łzy
Wiadro westchnień i dzikie psy
Dom który rozpada się powoli
W kwiatach jesieni zebranych do woli

 
 
 

złote igły 
przezroczysta lira 
sreberko gwiazd 
zdziczały księżyc 
siedem ponurych ryb 
ogłuchły bawół 
lipiec w zielonej obwódce 
berberys krwawnik mlecz

 
 
 

POSŁUCHAJ

Dopiero teraz zrozumiałem
Że abyś mnie usłyszała
Przez dźwięki co przysypały
Nas aż po gardła
Kurzymi odchodami
Całym tym szarym śmieciem
Moje cykle muszą nabrać
Muzycznej częstotliwości
Zamienić się w dzwonki
W metalowe dźwięki

Dopiero wtedy jako fale
Wiry kręcące się w przeręblach 
Świdra
Syczące bąki
Tańczący derwisze
Dotrą do twych uszu
Co niby szlachetne muszle
Wyryte jak miedzioryty 
Przechowywane w starych pałacach 
Otworzą się na moją 
Muzykę
Na ten atonalny twór
Na dodekafoniczną kaskadę
Związany w cykle:
Góra - dół - góra
Nastrojony fałszywie
Przekrzywiony
Przepoczwarzający się
Nieustannie w cichy
Brzęk złotego
Triangla

 
 
 

BEZSENNOŚĆ

Gdy bezsenność
Wykopuje dziurę w mojej głowie
Ty wpełzasz w nią
Niczym futrzaste zwierzątko
I jak w norze
Mościsz sobie miejsce
I wtedy nie mogę się ciebie
Już pozbyć
Zostajesz do rana
I z godziny na godzinę
Jesteś coraz większa
Aż głowa rośnie
Do rozmiarów świata
Wtedy ja pozbawiony
Własnych esencji
Zostaje wydany na pastwę
Zimowych białych wiatrów
I jak w zamieci
Zasypany zamknięty zasnuty
Oczy posklejane pajęczyną
I serce zalepione twą słodyczą
Jak plaster miodu
W łapach rannego niedźwiedzia

 
 
 
 
 
 

www.kamilsipowicz.pl
projekt i wykonanie: Maciek Wicherkiewicz
© 2004-2007 Wszystkie prawa zastrzeżone